16.02.2016

HAUL | COCOLITA | KOSMETYKOMANIA | PIXIE COSMETICS {M.IN. ESTEE LAUDER, CATRICE, L'OREAL, REAL TECHNIQUES ... }


Hej! Kilka postów wstecz opublikowałam wishlistę kosmetyczną na kilka najbliższych miesięcy, i niemal od razu wzięłam się też za jej realizację :) Zapraszam Was dzisiaj na haul zakupowy z drogerii internetowych: cocolita.pl i kosmetykomania.pl, oraz ze strony sklepu Pixie Cosmetics. 

Najpierw zdecydowałam się na zamówienie w mojej ulubionej drogerii internetowej Cocolita.pl - ulubionej, bo jest tam na prawdę duży wybór kosmetyków, przede wszystkim w korzystniejszych cenach, niż stacjonarnie, czy nawet w innych drogeriach internetowych.  Ponadto tylko tam dostępny był mój priorytetowy zakup :)

Zamówiłam:


- Podkład Estee Lauder Double Wear Light w kolorze 0,5, w bardzo korzystnej cenie, bo znacznie niższej niż w Sephorze, czy Douglasie. Właściwie myślałam nad nim już od jakichś dwóch miesięcy, i niby byłam pewna, że chcę go kupić, ale jednak wahałam się ze względu na to, że mogłabym online nie trafić pod względem koloru i oczywiście ze względu cenę. Stacjonarnie kosztuje ok 179 zł, i jestem pewna że za tę cenę na pewno bym go nie kupiła, natomiast online 139 zł - generalnie to nadal dużo, ale jednak mniej :) Zawsze używam drogeryjnych podkładów, jedne sprawdzają się lepiej, inne gorzej, ale chciałam sprawdzić jak się do nich mają podkłady z nieco wyższej półki. Moje pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne, i na szczęście z koloru również jestem zadowolona! Odkryłam już nawet niewielkie podobieństwo do innego, znacznie tańszego drogeryjnego podkładu, ale to muszę jeszcze dokładniej zweryfikować. A o tym jak sprawdzi się na dłuższą   metę na pewno napiszę też za jakiś czas :)


 - Kolejny raz nie zdecydowałam się jeszcze na oryginalny i tak wychwalany Beauty Blender, a skusiłam się na gąbeczkę Miracle Sponge marki Real Techniques, którą już kiedyś miałam, ale przez nieumiejętne mycie szybko zniszczyłam. W przeciwieństwie do pędzli tej marki za którymi nieprzepadam jakoś szczególnie, gąbeczka sprawdza się na prawdę świetnie. Myślę, że pojawi się na jej temat post porównujący ją do produktu Deni Carte, którą też kupiłam całkiem niedawno.


- Dla moich brwi zamówiłam tak wychwalaną wszędzie kredkę Eye Brow marki Catrice realizując tym samym kolejny punkt mojej wishlisty. Zdecydowałam się na kolor 40, i jak się okazuje całkiem nieźle trafiłam. Kolor jest przede wszystkim w dość neutralnej tonacji, a w połączeniu z naturalnym kolorem moich brwi jest nie za jasnym, ani nie za ciemnym dość chłodnym brązem. Gdyby ten kolor zawierał w sobie jeszcze delikatne szare tony byłby idealny. Choć generalnie po kilku użyciach muszę przyznać, że kredka sama w sobie nie robi jakiegoś wielkiego szału. No zobaczymy ...

- Skoro już jesteśmy przy temacie brwi wybrałam sobie też pęsetkę do ich regulacji marki Deni Carte. Trochę dlatego, że brakowało mi właśnie 7 zł do darmowej dostawy, i trochę dlatego, że chciałam już moją starą pęsetkę wymienić na coś nowego. Nie ma się nad czym rozpisywać, ot zwykła, całkiem fajnie wyprofilowana pęseta. 


- Średnio zadowolona z Maybelline Lash Sensational postanowiłam zamówić też nowy tusz do rzęs. 
Początkowo chciałam wybrać jakiś z serii Volume Million Lashes, natomiast ostatecznie do koszyka wpadł False Lash Wings  marki L'Oreal, którego byłam bardzo ciekawa.  Póki co sprawuje się w miarę ok, ale muszę uzbroić się w cierpliwość, bo czuję, że jak lekko zaschnie będzie świetny!

Kilka miesięcy temu kupując pędzel do różu zamiast sięgnąć po sprawdzone Hakuro, zdecydowałam się wypróbować produkt marki Beauty Crew. Używam go do dziś, jednak nie przypadł mi do gustu tak mocno abym sięgała po kolejne pędzle tej marki i generalnie uważam, że jest słaby - już od pierwszego użycia zdarza się, że wypada z niego włosie i mycie również mu nie służy. Dlaczego do tego nawiązuję ... Cocolita znów zaskoczyła mnie miłą niespodzianką dołączoną do zamówienia! Sama na pewno nie kupiłabym już pędzli Beauty Crew, a jak się okazuje modele które otrzymałam, czyli pędzel BCF-38, do podkładu i kosmetyków mineralnych, BCP-81 do korektora, bądź rozświetlacza, oraz BCL-40 do ust, są zupełnie inne niż ten do różu, i są całkiem niezłe! Szczególnie ten do korektora! :) Zawsze uważałam, że tego typu pędzel jest zbędny, ale jak się okazuje ... niekoniecznie :)



Dostałam również do przetestowania tak wychwalaną w blogosferze odżywczą pomadkę z peelingiem marki Sylveco, i kolejny tester pudru ryżowego Ecocera.

Kilka dni później podczas śniadania i porannego przeglądania social mediów i maila, zobaczyłam informację, że płynny korektor Catrice na który od kilku tygodni polowałam zarówno stacjonarnie, jak i online, jest w końcu dostępny w drogerii internetowej kosmetykomania.pl.




Nie mogłam odpuścić takiej okazji, więc od razu dodałam do koszyka dwie sztuki Liquid Camouflage w kolorze 010 Porcelain, a także kultowego kamuflażu w słoiczku, czyli Camouflage Cream marki Catrice. Dobrze, że zdecydowałam się na zamówienie tak szybko, bo kilka dni później najjaśniejszy kolor znów został wykupiony :) 


Ostatnio zainteresowałam się też w końcu tematyką podkładów mineralnych, które już od jakiegoś czasu chodziły mi po głowie. Fajnie, że większość marek oferuje możliwość zakupu próbek, bo ze względu na tak bogate gamy kolorystyczne tego typu podkładów na prawdę ciężko zdecydować się na jeden konkretny kolor pełnowartościowego produktu. Sklep Pixie Cosmetics oferuje możliwość zamówienia 3 darmowych próbek (1ml), a jedynym warunkiem jest opłacenie kosztów przesyłki - tj. ok. 8 zł. 

Wybrałam 3 darmowe próbki podkładu Amazon Gold, w następujących kolorach które wydały mi się najbardziej trafione do mojego kolorytu - satin sand, silk beige i victorian lace. Oprócz darmowych próbek, kupiłam też jeden dodatkowy tester podkładu Minerals Love Botanicals w kolorze - cashmeree. Każda próbka poza 3 darmowymi kosztuje jedyne 3,90.

Do zapoznania się z ofertą odsyłam Was na stronę internetową: pixiecosmetics.pl.

No, to na najbliższe kilka tygodni robię sobie szlaban na kolorówkowe zamówienia!
A Wy co fajnego kupiłyście w ostatnim czasie?:)


15.02.2016

L'OREAL TRUE MATCH N1 IVORY NOWA WERSJA

Czeeeeeeeść! Witam Was po dwutygodniowej przerwie, która początkowo spowodowana była sesją, a później odpoczynkiem po sesji, i tym, że ze względu na ferie zimowe miałam też na tydzień ośmioletniego gościa, który niemal nie odstępował mnie na krok :) Dzisiaj natomiast wracam do Was pełna energii i motywacji, żeby pracowicie spędzić ten ostatni tydzień przerwy międzysemetralnej! Mam nadzieje, że uda mi się zrealizować plan i dodawać przez te 7 dni posty codziennie! Jeśli macie jakieś propozycje dotyczące postów, które chciałybyście zobaczyć na moim blogu - czekam na sugestie :)

Pisząc dzisiejszą recenzję dotyczącą podkładu True Match marki L'Oreal nie mogłabym nie odnieść się do posta, który powstał niecałe dwa lata temu, i do dziś jest najchętniej czytanym tekstem na moim blogu. Oczywiście, jeśli jesteście ciekawe zapraszam Was tutaj, natomiast dzisiaj skupię się na recenzji nowej wersji, i ze względu na to, że chcąc nie chcąc nasuwają się pewne elementy porównania do wersji poprzedniej, to rozwinę też tę kwestię, ale to może na końcu żeby zachować jako taki porządek :) 



Podkład znajduje się w prostokątnej, szklanej buteleczce z pompką, co jest słusznym rozwiązaniem bo bardzo ułatwia aplikację. Opakowanie wygląda w miarę elegancko, minimalistycznie i typowo dla marki L'Oreal.


Kolor jaki wybrałam dla siebie, to oczywiście najjaśniejszy odcień N1 Ivory. Seria True Match charakteryzuje się bogatą gamą kolorystyczną i każdy na pewno znajdzie idealnie kolor dla siebie. Ivory jest w tym przypadku rzeczywiście przyjemnie jasnym kolorem w żółtej tonacji. Pod względem koloru podkład trafił do moich makijażowych ulubieńców roku 2015...


... natomiast jeśli o efekt chodzi - kompletne szaleństwo, bo jednego dnia wygląda ekstra, innego kompletna porażka - i tym razem niezależnie od kremu bazowego, czy sposobu aplikacji. Każdego dnia mogę liczyć na psikus z jego strony, bądź spore zaskoczenie. 




Konsystencja jest rzadka, i dość lejąca. Podkład dobrze się rozprowadza, ale mam wrażenie że dość nierównomiernie. Pozornie wydaje się być nawilżający, a w buteleczce widać nawet niewielkie rozświetlające drobinki, jednak po zaaplikowaniu ujawnia się jego specyficzna, sucha konsystencja. W mniej problematycznych strefach twarzy wygląda całkiem nieźle, bo ładnie wygładza strukturę twarzy, ale niekiedy ma tendencję do tego aby w mniejszym, bądź większym stopniu uwidaczniać pory, bądź w niektórych miejscach na twarzy zbierać się i tworzyć małe suche plamki.  Z daleka być może jest to niewidoczne, ale z bliska wygląda nieestetycznie. Dodatkowo też każda suchsza partia twarzy zostanie przez niego podkreślona. 

Mam cerę mieszaną w kierunku do tłustej i generalnie nie mam problemów z przesuszeniem, a jednak... Nie wyobrażam sobie jak może zachowywać się w takim razie na cerze suchej, a co ciekawe, posiadaczki owego typu cery piszą na jego temat pozytywne recenzje, hm ;)

Wspomniane drobinki, które są mocno widoczne w buteleczce na twarzy są raczej niezauważalne. W mojej opinii odbijają one po prostu światło, nadając zdrowszy, mniej ziemisty efekt, a jakikolwiek brokat czy drobinki same w sobie nie są widoczne. 


True Match czasami ładnie stapia się z moją skórą, a czasami nie - od czego to zależy nie wiem, bo dzieje się tak nawet podczas używania tych samych sposobów aplikacji, i kremów bazowych.  Na pewno dobre dopasowanie pod względem koloru powoduje, że nie jest to aż tak zauważalne, jak mogłoby być gdyby podkład był np. za ciemny, bądź w złej tonacji. Warto wspomnieć, że najlepiej prezentuje się zaaplikowany zwilżoną gąbeczką, a najgorzej palcami. 

Podkład nie kryje za dobrze, ale efekt można stopniować. Na pewno 1-2 cienkie warstwy ujednolicają koloryt i zakrywają np. niewielkie przebarwienia. Z większymi niedoskonałościami nie radzi sobie za dobrze, bo ma tendencje do tego aby je podkreślać. True Match daje dość naturalny efekt, jest lekki i nie tworzy efektu maski. Nie matowi zbyt mocno, a jego wykończenie określiłabym jako satynowe, bo mimo tej dość pudrowej konsystencji, dzięki mikroskopijnym drobinkom ładnie współgra ze światłem.

Trwałość jest raczej średnia; podkład zastyga na twarzy, ale po ok. 8 godzinach zaczyna się tworzyć ciastko, i podkład zaczyna się ścierać z niektórych partii twarzy. 


Według producenta NOWA FORMUŁA, została wzbogacona o trzy nowe, hybrydowe pigmenty, które bardziej efektywnie dopasowują się do ciepłej, zimnej i neutralnej tonacji skóry. Ich zadaniem jest gwarancja efektu nieskazitelnej, naturalnie wyglądającej skóry. Znalazły się tu aż cztery olejki eteryczne, które mają zapewnić wyjątkowy komfort aplikacji i równomierne wykończenie makijażu. Nowa, kremowa formuła True Match zawiera też kombinację gliceryny, witaminy E i B5, które mają zapewnić gładkość i miękkość skóry w dotyku. 

Szczerze mówiąc patrząc przez pryzmat powyższych zapewnień producenta nie zauważyłam w tych kwestiach jakiejś spektakularnej zmiany. Kolor w obu wersjach jest jaśniutki i ma neutralny odcień, natomiast tutaj mam wrażenie, że delikatnie ciemnieje po aplikacji. Konsystencja nowego True Match rzeczywiście jest mniej sucha niż poprzednio, ale jednak nadal sucha. Mam wrażenie, że wcześniej znacznie mniej podkreślał suche partie na twarzy, a jeśli już się tak działo to dobry krem załatwiał sprawę. Na plus zmieniło się opakowanie, które jest teraz troszeczkę wyższe, ale smuklejsze, i jeszcze bardziej minimalistyczne. Pod względem wykończenia i krycia myślę, że nie zmienił się w ogóle, ale na pewno poprawiła się jego trwałość która teraz sięga tych obiecywanych 8 godzin :)

Ogólnie porównując starą i nową wersję nie uważam, aby nowa była jakoś znacząco lepsza od poprzedniej. Śmiało mogę jednak stwierdzić, że w przypadku poprzedniej wersji byłam skłonna ponownie kupić ten produkt, a nowej wersji na pewno nie kupię ponownie. No chyba, że będę potrzebowała podkładu który ma idealny odcień, to wtedy True Match jest pewniakiem, natomiast jeśli chodzi o działanie, to przez jego kaprysy ... no ... niechętnie.  

A Wy co myślicie o podkładzie L'Oreal True Match? :)

Pozdrawiam, i zapraszam na blog jutro,
pojawi się haul zakupowy z Cocolity i Kosmetykomanii, i Pixie Cosmetix :)

1.02.2016

SYLVECO HIBISKUSOWY TONIK DO TWARZY


Marka Sylveco zadebiutowała w mojej pielęgnacji, i na blogu także, oczyszczającym peelingiem z korundem i skrzypem polnym, który doskonale się u mnie sprawdza. Jako, że idealnym dopełnieniem pielęgnacji, po oczyszczaniu jest tonizacja, wybierając produkt do tego celu również skusiłam się na wspomnianą powyżej markę i kupiłam hibiskusowy tonik do twarzy, o którym dziś Wam opowiem. 

W pierwszej części dzisiejszego posta, trochę w ramach wstępu, rozwinę kwestię tonizacji, z racji tego, że jest to często pomijany, a bardzo istotny krok w pielęgnacji!
Po wykonaniu demakijażu, i innych kroków związanych z oczyszczaniem twarzy zastosowanie toniku jest pewnego rodzaju dopełnieniem, ponieważ przywraca odpowiedni poziom pH skóry, które zostaje naruszone w czasie wcześniejszych kroków. Naturalny, kwaśny odczyn skóry ma wpływ na jej funkcje obronne, i nie jest tak korzystnym środowiskiem do osiedlania się bakterii czy grzybów. Tonik rewelacyjnie odświeża i orzeźwia cerę. Usuwa również nadmiar sebum, zanieczyszczeń, bądź resztek makijażu. Dzięki składnikom aktywnym przygotowuje skórę do kolejnych etapów pielegnacji. 

Przyznam szczerze, że przed tym jak poznałam owy tonik pomijałam ten krok w pielęgnacji, przede wszystkim dlatego, że nie zauważałam żadnych pozytywnych efektów. Dlaczego? Bo wybierałam głównie produkty zawierające alkohol, w przypadku których łudziłam się, że będą działy bakteriobójczo + będą szybciej wysuszały aktualne niedoskonałości. Nic bardziej mylnego, jeśli tonizacja to z kosmetykami, które tego składnika w składzie nie zawierają w wysokim stężeniu!


Tonik marki Sylveco jest hypoalergiczny, i ma według producenta: działanie ochronne, rewitalizujące i wzmacniające. Ponadto jest przeznaczony do każdego rodzaju cery. Dzięki dużej zawartości składników nawilżających, skutecznie zabezpiecza skórę przed utratą wilgoci, zapewniając jej odpowiedni poziom nawodnienia. Tonik o lekkiej żelowej formule odświeża i zmiękcza, łagodzi podrażnienia. Uzupełnia demakijaż, może być stosowany wielokrotnie w ciągu dnia na twarz, szyję i dekolt. Pozostawia skórę wyraźnie czystą i promienną, przygotowując ją do dalszych etapów pielęgnacji. 

A jego skład jest następujący: Woda,  Ekstrakt z hibiskusa,  Gliceryna,  Ksylitol,  Panthenol,  Ekstrakt z aloesu,  Glukozyd kokosowy,  Alkohol benzylowy,  Guma ksantanowa,  Kwas fitowy,  Kwas dehydrooctowy 


Wizualnie tonik znajduje się w niewielkiej (150 ml), zgrabnej buteleczce w typowej dla produktów Sylveco, ładnej i spójnej, szacie graficznej. Podoba mi się nawiązanie kolorystyczne do hibiskusa, taki mały, ale miły szczegół.

Trudno określić jego zapach, jest mocno ziołowy, i lekko kwaskowy. Nie jest jakiś słodki, owocowy i przyjemny, ale jak najbardziej znośny.

Kwestią sporną w przypadku tego produktu jest konsystencja. Jednym odpowiada, natomiast innym przekreśla cały kosmetyk. Nie jest ona bowiem typowa dla toników, które kojarzą się raczej z lekkimi, wodnistymi kosmetykami. Tutaj konsystencja jest wodnisto-żelowa, która generalnie może wydawać się ciężka i lekko klejąca, ale tylko podczas gdy wylewamy ciemno czerwony płyn na wacik. To dlatego, że nie wsiąka on całkowicie (może to i lepiej, bo większa ilość ląduje na twarzy, a nie zostaje w waciku) tylko spora ilość balansuje po jego powierzchni. Żeby nie rozlać trzeba po prostu aplikować jego mniejszą ilość. W użyciu jest dość 'śliski, po skórze sunie łatwo i szybko, ale jednak też nie wsiąka w nią od razu, a dopiero po chwili. Ostatecznie jednak nie pozostawia drażniącego filmu, ani klejącej warstwy, a lekką osłonkę ochronną która przez kilka kolejnych minut świetnie łagodzi i uspokaja skórę (po peelingu przede wszystkim) i daje przyjemne uczucie odświeżenia i dobrze oczyszcza. Początkowo myślałam, że nie będę zadowolona z tej konsystencji, ale z każdym użyciem przekonuję się do niej coraz bardziej, absolutnie mi nie przeszkadza, a wręcz uważam ją za atut.


Jeśli o działanie chodzi, uważam że ten hibiskusowy tonik do twarzy, mimo to, że kosztuje jedynie ok. 16 zł, na prawdę daje radę, i rzeczywiście ma bardzo dobry wpływ na moją cerę. Począwszy od przyjemnego złagodzenia po peelingu np., uczucia odświeżonej, oczyszczonej, miękkiej skóry tuż po aplikacji, po przyjemnie nawilżoną, mniej przetłuszczającą się, wygładzoną i w wyraźnie lepszej kondycji! Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że kosmetyk naturalny, o tak krótkim składzie może tak rewelacyjnie działać!

A Wy, tonizujecie twarz codziennie po demakijażu i oczyszczaniu twarzy? :)
Jaki kosmetyk jest Waszym faworytem w tej kategorii? :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka